Wpisy z kategorii 'Bzy zerwane w nocy'.

Dwa Księżyce

03-02-2010

Lucyfer Dwa Susy*PL

Był kiedyś taki świat, którego mieszkańcy bali się Księżyca. To był zupełnie ładny i przyzwoity świat. Miał Dzień i Noc, drzewa i kwiaty, lasy, zwierzęta, wyścigowe kury i ludziory. Tak, ludziory. Świat zamieszkiwały ludziory. Ludziory od zawsze straszyły swoje małe ludziorki Księżycem. Mówiły, żeby się go strzec, unikać jak ognia. Według staroludziorskiego przesądu, blask Księżyca miażdżył wnętrzności, rzucał ludziorem i rozrywał go na strzępy.

Wiele lat temu żył bowiem Ludzior Który Przeżył. Nie wiedział oczywiście, że opowiadając swoją historię Heńkowi w barze, raz na zawsze zmieni bieg historii. Ludzior Który Przeżył zginął później w niewyjaśnionych okolicznościach. Pewne podejrzenia padły na, widzianego w pobliżu miejsca zbrodni, właściciela klubu nocnego. Ostatecznie jednak nikomu nic nie udowodniono. W każdym razie, Heńkowi nikt z początku nie uwierzył. Cała sytuacja wydawała się być zmyśloną i delikatnie mówiąc absurdalną. Jednak w miarę, jak Heniek, trzeźwiejąc, coraz dobitniej powtarzał całą historię, kolejni ludzie nabierali wiary. I tak, w miarę upływu czasu i roznoszenia się niepokojów, całe życie nocne ludziorów zamarło. Czasem tylko zimą, kiedy niebo było silnie zasnute chmurami, grupki ludziorskiej młodzieży, odważnie wypuszczały się na schadzki. Paliły wtedy świństwa i dodawały sobie na wzajem odwagi, podczas gdy za gęstymi chmurami czyhał krwiożerczy Księżyc. A właściwie dwa.

Dlaczego dwa Księżyce? No, właściwie Heniek nie był w stanie tego precyzyjnie wyjaśnić. Zarzekał się jednak na wszystkie świętości. „Na pewno –  wrzeszczał i mimo upojenia piwem, pamiętał dokładnie – w historii Tego Który Przeżył, były dwa Księżyce!”. W końcu zaczęły się pojawiać różne spekulacje, że nawet Księżyc musi mieć jakiegoś partnera, i że na pewno się jakoś wymieniają. Przecież nikt normalny nie wydoliłby tak pracować siedem dni w tygodniu bez przerwy… Później oczywiście zaczęto snuć domysły na temat płci obu Księżyców. Powstawały liczne stowarzyszenia wesołych naśladowców tego związku, a nawet organizacje religijne na rzecz wyższości Słońca. Ostatecznie jednak, mimo wielu odważnych prób i równie licznych rozczarowań, nikt dwóch Księżyców na niczym nie przyłapał…

Wróćmy jednak do Heńka. Długo trwało, zanim po kilkugodzinnej kuracji wydobyto z Heńka, jako tako składną historię. Zużyto na ten cel rekordową ilość wiader lodowatej wody, trzy litry mocnej kawy i dwie pary czystych gaci. Zgodnie z uporządkowaną w końcu relacją, Ten Który Przeżył, znany był wcześniej jedynie nielicznym, jako Zdzichu Wymborek. Tego feralnego wieczoru wracał on właśnie z wielogodzinnego panelu dyskusyjnego, organizowanego przez Wiejskie Koło Naukowe. Wykłady odbywały się cyklicznie w leśnej chacie, dwa kilometry na północ od obejścia Pani Narożnej. Właścicielem chaty był miejscowy leśniczy, doświadczony orator, a zarazem zielarz samouk. I to za sprawą tej właśnie, cudownej umiejętności chata, od lat wielu, stanowiła tradycyjne miejsce spotkań Wiejskiego Koła Naukowego. Była przy tym świadkiem naprawdę niejednej płomiennej wypowiedzi. Tego dnia o zmierzchu, Ten Który Przeżył, ruszył w drogę powrotną po trwającym cztery dni posiedzeniu. Zużycie intelektu, jakie w nim w tym momencie występowało i nie do końca wywietrzały stan wyższej naukowej świadomości*, nie do końca jeszcze z naszego bohatera wywietrzał. W związku z czym obranie właściwego kierunku nie było rzeczą prostą. Wreszcie, gdy słońce chowało się już za horyzont, Ten Który Przeżył, odepchnął się mężnie od ściany chaty i ruszył. Jak się później okazało, w kierunku rozciągającego się nieopodal pola kapusty. Podróżując poza czasem i przestrzenią, nasz bohater zmaterializował się w końcu na skraju lasu i zatopił błędny wzrok w morzu dojrzewających główek. Cudowna świadomość otaczającego go warzywa, skutecznie odegnała kiełkujące wątpliwości, dotyczące miejsca aktualnego pobytu i ewentualnego planu dalszych działań. Nie wiedzieć kiedy, zrobiło się też zupełnie ciemno.

Ten, Który – jak się później okazało – Przeżył, ruszył nieśmiało na przełaj w grządki i tu właśnie – na środku pola cicho pochrapującej kapusty – owionął go nagle lekki zefirek niepokoju. Stał przez chwilę nieruchomo, wytężając resztki otępiałych zmysłów. Ciemno i cicho. Normalnie niby. Jak to w nocy. A jednak coś się czaiło w ukryciu. Nie widział, nie słyszał, czuł jednak, że nie jest na polu sam. Jeszcze przez kilka chwil poruszał się nieśmiałym krokiem w kierunku linii lasu, zamykającego od zachodu wielkie pole. Wodząc wokół zasnutymi mgłą oczkami, starał się dostrzec przyczynę swojego dziecinnego strachu. Nie było tam jednak nic, prócz czarnego jak smoła lasu, ustrojonego smużką mgły, ciągnącej się pod nim i delikatnie jakby wpełzającej na pole. Było też niebo. Czarne, jak zwykle o tej porze, znaczone nielicznymi, ledwo tlącymi się gwiazdkami, nieprzeniknione. Ten Który Przeżył stał jeszcze przez chwilę depcząc niezdarnie po kapuście, aż w końcu zdecydował się po męsku ruszyć mniej więcej w kierunku domu. Przybrał w tym celu najbardziej dziarską z dziarskich min, na jaką jego znieczulona tkanka była sobie w stanie pozwolić i ruszył. Gdyby nie był w tym momencie tak pijany, zauważyłby z pewnością, jak srebrne obłoki mgły przesuwają się powoli wzdłuż krawędzi lasu. Przypłaszczone do gruntu, zdawały się okrążać konsekwentnie Tego Który Przeżył… Gdyby jego umysł nie był przez lata tak niszczony wielodniowymi libacjami alkoholowymi, mógłby zwrócić nawet uwagę, że srebrne obłoki mgły poruszają się ruchem absolutnie niejednostajnym, skokowym raczej. Ostatecznie zwróciłby uwagę, – co z pewnością prawdziwemu Winnetou rzuciłoby się w oczy jako pierwsze – że pod srebrną mgłą całkowicie giną, jakby przykryte niewidzialnym kocem, połyskujące w mroku główki kapusty. Gdyby, mimo wszystko, nasz bohater miał chociaż sprawny wzrok, spostrzegłby – być może, – jak za jego plecami obłok srebrnej mgły rozszczepia się na dwie części, podzielone teraz jakby smolistym pasem. Następnie przypłaszcza się do kapusty i bezgłośnie wystrzeliwuje ku niemu, przesłaniając migocące resztki gwiazd czarnym, nocnym całunem. Może by i spostrzegł… Ale był zalany w trupa i gdy zbliżał się do zatopionego w mroku, błotnistego rowu melioracyjnego, jedynym, na co jego zmęczony organizm był wstanie się szarpnąć, był szybki skurcz karku, konwulsyjne, zupełnie nieświadome machnięcie ręką po tyle tłustej czupryny, potknięcie się i wylądowanie tyłkiem po szyję w błotnistej mazi rowu melioracyjnego. I to wtedy właśnie, lecąc w dół i ratując w ten sposób swoje mizerne życie, przez dosłownie ułamek sekundy Zdzichu zobaczył nad sobą Dwa Żółte Księżyce. O tak, dwa były! Na pewno!

…….
No cóż, jak to kiedyś powiedział wujek Raszka: „Nie zawsze wygrywa się sto do zera…”

Jak się poluje na tak błotnistym terenie, małe ludziory potrafią czasem zniknąć z oczu, nawet najzwinniejszemu i najlepiej zakamuflowanemu kotu. Poza tym, jak mówi przysłowie, głupi ma zawsze szczęście i Lucek po raz kolejny się o tym przekonał. Niepowodzenie bynajmniej go nie zmartwiło. Noc dopiero zapadła i czuł doskonale, że szczęście mu dziś sprzyja. Łowy dopiero się zaczęły. Rozochocony kilkoma pierwszymi zdobyczami, trafionymi na południe od leśnej chaty, pomknął dalej w las, szukać następnych naiwnych. Przyjemne ciepło rozchodziło się po całym jego ciele, a w głowie buzował przedziwny optymizm.

W końcu nie co dzień trafiają się na kolację ludziory w likierze.

Niebezpiecznygroszek

*Zgodnie z tradycją stan taki dysputanci zwykli byli osiągać już pierwszego dnia, a następnie pieczołowicie podtrzymywać przez, co najmniej, trzy kolejne.

2

Rozdział 2

25-09-2007

Dom był duży i drewniany. Czasem w nocy zaczynał żyć własnym życiem. Ściany konwersowały z podłogą, cichutkim skrzypieniem reagując na zmiany temperatury. Kominek powoli wygasał, a w dużym salonie oświetlonym zimnym światłem księżyca na parapecie czuwała tylko czarna, jakby zaklęta w kamieniu figurka. Dom pachniał… No cóż, dom pachniał domem. Pachniał drewnem ścian i woskiem do podłóg, drewnem palonym w kominku. Pieczonym poprzedniego dnia ciastem na miodzie, przygotowanym specjalnie na przyjazd gości. Pachniał lekko pęczkami ziół zawieszonymi w kuchni. Czuły nos wyczułby także zapach soku malinowego, rozlanego na blacie w kuchni, w który raczyła wdepnąć jedna kocia łapa. Właściciel tej łapy siedział teraz w przejściu pomiędzy jadalnią, a kuchnią i z obrzydzeniem próbował pozbyć się tego lepkiego świństwa, które stanęło mu na drodze. Oczywiście świństwo wylało się samo – wręcz go zaatakowało.

Od strony dużej, oszklonej werandy z francuskimi oknami rozległ się cichy chrobot. Kot w przejściu przestał myć łapę. Figurka na parapecie nagle poruszyła uchem. Ten dom nigdy nie spał do końca. Tu zawsze ktoś czuwał, żeby przyjąć zbłąkanego gościa.

Słabe styczniowe światło, odbijało się nieśmiało od cienkiej warstewki śniegu pokrywającej trawnik. Wiejący bez ustanku wiatr znad morza, nawiał całkiem głębokie zaspy pod krzewami rododendronów. Zszarzałe i połamane trzcinny zasłaniające wodę, pokładały się pod podmuchami wiatru. Zima w takim miejscu miała swój urok, pod warunkiem, że siedziało sie w zacisznym domu, za plecami płonął ogień na kominku, a ręce grzała gorąca herbata z sokiem malinowym.

Poświąteczna choinka cieszyła swoimi ozdobami, choć na dolnych gałęziach świeciły już tylko lampki. Wszystkie inne ozdoby emigrowały z czasem na wyższe piętro – tak nieestetycznie dyndały nad sama podłogą, że dobre duchy musiały temu przeciwdziałać. Spały teraz, zmęczone nocnymi obowiązkami, porozrzucane po całym domu. Tylko jedna niebieska kula, przypominająca gigantyczną szynszylę patrolowała teren ogrodu, brnąc przez zaspy i strzygąc uszami.

Tego dnia w domu pachniało świeżo pieczonym chlebem.

000

Powrót

12-05-2007

„przeszłość nie wraca jak żywe zjawisko

w dawnej postaci – jednak nie umiera:

Odmienia tylko miejsce, czas, nazwisko

i świeże kształty na siebie przybiera.”

A. Asnyk Sonet XII z cyklu „Nad głębiami”

000

Wiooooooooooosna…

12-03-2007

…, wiosna w koooooołooooooo…..

Piotruswisna.jpg

Wiosna

Wiosna
001

“Na Piotrusia”

14-01-2007

Choćby książki pisał, miliony zarabiał,

nad wiedzą i mądrością swą modły odprawiał.

Ubogi żywot wieść będzie i umrze w głupocie,

kto choć raz nie odnalazł przyjaciela w Kocie.

A.H.

000

Diabeł jest z zawodu weterynarzem

19-10-2006

Dzisiaj przyśnił mi się diabeł.

Wysoki, ale nie za bardzo. Z czarnymi, lekko falującymi włosami i bardzo ciemnymi oczami. Przystojny i bardzo pociągający mężczyzna. Inteligentny, sympatyczny i uśmiechnięty. Niestety nie pamiętam jak ma na imię… Pochodzi z któregoś z krajów bałkańskich (przynajmniej tak mówi).

Był zafascynowany moim charakterem. Patrzył na mnie z takim podziwem i lekkim niedowierzaniem. Hmmm, nie wiem czy to dobrze.;)

Diabeł jest z zawodu i powołania weterynarzem. I to rewelacyjnym.

Serdecznie polecam.

000

Rozdział 1

16-09-2006

Do pokoju wpadało czerwcowe, popołudniowe słońce rozproszone przez białe muślinowe firany, które od czasu do czasu wydymały się w lekkich podmuchach wiatru. Pomimo upału na zewnątrz, w pokoju panował lekki chłód, tak charakterystyczny dla starych murów. Wszystkie francuskie okna otwarte były na oścież, a z ogrodu wraz z podmuchami powietrza dolatywał zapach kwitnącej lipy i ziół rozgrzanych na słońcu. Na jednej z miękkich kanap, rozwalona brzuchem do góry, spała wielka, puchata, srebrzysta kotka.

Salon był na tyle duży, że mieściły sie w nim dwie przepastne kanapy, fotel z podnóżkiem, skrzynia z egzotycznego drewna, z mnóstwem szufladek, służąca za podręczny stolik i stylowy, szlachetnie spatynowany sekretarzyk. Na przeciwko kanap, stał, zimny teraz, spory kominek, z gzymsem udekorowanym fotografiami, starym zegarem i figurką dziewiętnastowiecznej pary. Na tej samej ścianie umieszczone zostały dwie pary białych drzwi. Jedne z nich prowadziły na korytarz, drugie, lekko uchylone, do zaciemnionej okiennicami biblioteki. Zachodnia ściana domu zaopatrzona była w trzy pary francuskich okien, otwartych w tej chwili i wychodzących do ogrodu zimowego, z którego zieleń wylewała się do wnętrza i na stopnie schodzące w dół do ogrodu. Były tam, stojące gęsto obok siebie, donice z kwitnącymi oleandrami i kilkoma drzewkami cytrusowymi. Typowo wiktoriański ogród zimowy, obejmował lekko róg domu i otwierał się kolejnymi drzwiami na taras po południowej stronie. Z tarasu, który zbiegał w dół trzema stopniami, rozpościerał się wspaniały widok na soczysty trawnik, nie dotknięty jeszcze przez kilka dni upałów oraz kwitnący ogród w stylu angielskim i stary park, kryjący zielony staw.

W cieniu lipy, spały w najlepsze, nie zrażone zupełnie bzyczącymi pszczołami, dwa olbrzymie wilczarze.

Powietrze aż drgało od upału. Pod krzewem rododendronu leżały dwa futrzane mopy, które po dokładniejszych oględzinach okazywały się kotami. Pszczoły z obładowanymi nóżkami uwijały się tak szybko, jak tylko mogły, aby zdążyć przed nocą. Tylko one mąciły swoją pracą, tę wielką, rozgrzaną, błękitną przestrzeń. One i co jakiś czas przelatujące z krzykiem jaskółki i jerzyki. Cała reszta świata zamarła w oczekiwaniu na wieczorne ochłodzenie.

001